Komentuj (0) 21.06.2011 ogieńńńń   Komentuj (0) 20.06.2011 słońce po BURZY, ambona na przyczajce   Komentuj (0) 20.06.2011 Barcelona cz. 4


Namiot nie miał warstwy przeciwdeszczowej i jego
wywietrzniki znajdowały się parę cm, ponad ziemią w związku z czym wiało przez
nie całą noc. Ubrany i w śpiworze przemarzłem tej nocy, musiałem chować całą
głowę z wyjątkiem twarzy w śpiworze. Budzony parę razy chłodem w końcu
stwierdziłem, że jest na tyle jasno i można wstawać. Obudziłem dudsona, zwinęliśmy
majdan i pierwsze co zrobiłem to podszedłem do kierowcy tira z polskimi
blachami i zapytałem: „jedzie pan na stację albo w stronę Lyonu?”, a on na to:
„nie jestem panem, jestem prezes, wskakuj” i tak właśnie załapałem się na
pierwszy w życiu przejazd ciężarówką, niestety tirowcy nie mogą brać więcej niż
jednej osoby ponieważ zabraniają tego przepisy. Dlatego musieliśmy znaleźć
transport dla dudiego. Przed nami stał drugi poldon i chwilę potem mieliśmy
transport tylko, że kierowca dudsona jechał tylko do stacji a potem obierał
inny kierunek. Dlatego też w drodze na ‘pompę’ jak to nazywał stację prezes,
pytał przez radio innego kierowcę czy zabierze Kubę. Noi udało się. Dodam, że
na dzień dobry w ciężarówce zostałem poczęstowany ciepłą kawą, pierwszą kawą od
kilku dni i ta kawa pozostała mi w pamięci, bo cóż może być lepszego niż kawa z
rana i to jeszcze w przypadku gdy budzisz się prawie w środku nieznanego lasu i
ruszasz w drogę z nieznaną ci osobą gdzieś tam w nieznanym kraju. Już słońce
świeciło jakoś tak lepiej, cieplej, słoneczniej, weselej i wszystko zaczynało
robić się bardziej kolorowe. W drodze nasłuchałem się opowieści jak to kradło
się towar z własnego tira i mnóstwo innych historii które to dla anonimowości
mojego kierowcy pozostawię dla siebie, albo opowiem jak ktoś spyta. Jechaliśmy
parę godzin, minęliśmy słynny Strasburg ten od skarg i nawet nie wiem kiedy
granica niemiecko-francuska zginęła gdzieś w tyle. Francja ehhh, jak to brzmi.
Rewolucja francuska, %nNapoleon%, don perignon i bensacon do którego dojechaliśmy
naszymi ciężarówkami. Francja ma duszę, przynajmniej tak czułem, Francja
kojarzy mi się ze sztuką nie wiem dlaczego, przyroda południowej części kraju
zapiera dech a ludzie są przyjaźni  i nie
boją się podwozić ludzi co nam było na rękę.


 



Bensacon przywitał nas słonecznym niebem i parkingiem z
południowego asfaltu takiego jaki występuje na południu europy, lekko
szarawego, zupełnie jak w Chorwacji.



Kierowcy pytani o podwózkę nie chcieli nas zabrać do
Hiszpanii chociaż jechali w tym kierunku, trudno każdy ma prawo odmówić. Udało
nam się znów i nie czekaliśmy zbyt długo bo około godzinkę, zabiera nas para
która wykazała się naprawdę wielką cierpliwością. Po angielsku rozmawiała tylko
dziewczyna i to podobnie jak my czyli tak żeby się dogadać. Przez kilka minut
na rozłożonej na ziemi mapie próbowaliśmy sobie wytłumaczyć gdzie chcemy
dojechać i gdzie mamy wysiąść ponieważ ziomeczki skręcali gdzieś tam w swoją
stronę. Udało nam się i kolejne kilometry uciekły już w dobrym humorze, w
szampańskim nastroju. Dotarliśmy do Beaune na stację gdzie udało nam się i
wstyd trochę się przyznać ale takie są fakty, udało nam się załapać na prysznic
na stacji. Po prawie trzech dniach, wszystko było by ok. gdyby nie marsz przez
las który był czymś w rodzaju sauny i siłowni połączonej z zawodami siłaczy w
przenoszeniu ciężarów (te co ten pudzianoski czy jak mu tam startuje, te
głupoty wiecie). Tak więc udało nam się, pytając o możliwość skorzystanie z
prysznica okazało się że: 1. pani nie mówi po angielsku i musiał podejść
kucharz żebyśmy mogli się dogadać 2. nie można wziąć kluczyka jeśli nie da się
kaucji w postaci kluczyków do samochodu. Tłumaczyłem im że jadę autostopem z
polski i mogę zostawić dowód ale nie chcieli dalej dać mi kluczyka. Przekonałem
ich jednym pytaniem: Czy jeżeli jadę autobusem z wycieczką nie mogą wziąć
prysznica? Na ten argument dostałem z uśmiechem kluczyk i pół godziny później
jak nówka poszliśmy na stację by próbować polecieć jeszcze dalej. Zrobiło się
ciemno. Staliśmy w przelotowej dróżce na stacji, gdzie nie udało nam się
przekonać dwóch pań do podwózki i wystawiliśmy tabliczkę tak żeby było ją widać
wyjeżdżając ze stacji.



 



Przed tabliczką zatrzymał się
biały samochód, nie byle jaki samochód bo oldschoolowe burczące przyjemnie renault
5, szyba powoli zsunęła się w dół i to nie napędzana elektrycznym silnikiem
tylko ręką młodej dziewczyny, która bez zastanowienia i zbędnych pytań
powiedziała „wsiadajcie” :) Oczywiście nie po polsku, ciemnoskóra patricka
jechała ze swoim mężem Tomasem do Montpellier, to nasz najmilszy stop,
najbardziej ciekawy, najbardziej klimatyczny. Tomas ma polskie korzenie ze
strony dziadka (dziedek był polakiem), Patricia jest córką imigrantów z
wybrzeża kości słoniowej. Dodam, że jechałem z plecakiem na kolanach przez 400
km…wsiedliśmy i mówię do dudsona ‘czuję, że w tym aucie jest palone’ (zasada
mówisz i masz naprawdę działała i dawała o sobie znać kilkakrotnie). Nie
pomyliłem się….po kilku minutach jazdy Patricia zaczęła coś kombinować, tak!
Tak! kręciła francuskie ziółko, haha na środku słonecznej Francji, w ciepłą
noc, pośrodku naszej podróży, po prysznicu i wogule w dobrym humorze zdarza
się, że trafiasz na takie coś. Do tego w samochodzie grała bardzo przyjemna
muzyka, oldschoolowy rap, a nasi ‘przewodnicy’ byli bardzo pozytywnymi
uśmiechniętymi ludźmi. Wyglądali na szczęśliwych, podczas postojów
rozmawialiśmy i śmialiśmy się z jakiś głupot. Zapaliliśmy dość ostrożnie z
początku bo spodziewałem się że będzie kopnięte to coś ale okazało się że było
to najbardziej pozytywne ziele na południu europy :) Zaczęliśmy rozmawiać z
dudim który musiał mnie uciszać bo zbyt głośno mówiłem i śmiałem się. Po pewnym
czasie Patricia oznajmiła nam, że jak chcemy możemy przespać się, jednak
zachowując wszelkie środki ostrożności zdecydowaliśmy się tego nie robić bo
przecież tak naprawdę nie znamy ich i nie wiemy czy wolno nam tracić
czujność…noi obudziliśmy się pod Montpellier :) Tam gdzie chcieliśmy się
obudzić czyli na południu francji. Dziękujemy serdecznie za super podróż. Szybka
decyzja, idziemy spać. Znaleźliśmy miejsce na namiot na jakiejś górce obok
stacji i tam zostaliśmy by przekimać uprzednio dziwnie głodni szamaliśmy co tam
nam zostało suchego chleba z kiełbasą hehe. W nocy obok namiotu chodziła mysz
albo jakieś stworzonko, być może też były to szare myszki w mojej głowie.



 



Rano pierwsze co zobaczyłem
wychodząc z namiotu to dom z basenem tuż za naszą górką świetnie, pakujemy
rzeczy i ruszamy na ławeczkę na śniadanko, czyli chleb z węgierską kiełbasą
dudsona. Podchodzi do nas para dziadków i pytają z jakiego kraju jesteśmy, po
czym otwiera segregator i szuka szuka i daje mi ulotkę na której jest coś
wypisane o zbawieniu i Jezusie itd. Itp. ŚWIADKOWIE JECHOWY, o 9 rano na
międzymiastowej stacji, gdzie było prawie pusto, łażą i zagadują ludzi, aha
żeby tego było dosyć ale nie, ta kartka była po polsku, oni mieli segregatory
gdzie w każdej koszulce była kartka w innym języku, a były naprawdę grube te
segregatory. Podziękowaliśmy i ruszamy, ruszamy bo jeszcze kawałek do naszego
celu, już prawie czuć wiatr z Hiszpanii i słoneczną plażę. 



Siedzimy na wylocie ze stacji,
mamy Barcelonę na tabliczce jednak nikt nie zatrzymuje się. Przydało by się nam
trochę kartonu żeby dopisać wcześniejszą miejscowość – przejście graniczne Perpignan
(jak się okazało czyta się to tak: „ pepiniął ” ;) ale nie mamy kartonu.
Tabliczki w miarę osiągania kolejnych celów wyrzucaliśmy jak zbędny balast,
jedna została w lesie…. Wrr. Obracamy się a za nami ukazuje się śmietnik
wypchany kartonami, trudno w to uwierzyć ale właśnie tak było, chcesz czegoś i
zaraz to znajdujesz. Je jeje, robimy tabliczkę perpignan i zanim ją dokończymy
zatrzymuje się samochód i lecimy właśnie tam, prawdopodobnie z amerykańskim
żołnierzem których podobno nie brakuje na południu Francji i chętnie podwożą
ludzi. Przedostatni przystanek, Perpignan, robimy zakupy śniadaniowe na stacji,
tak już zgłodnieliśmy i kupujemy kakao z bagietką, które tworzą przepyszną
potrawę. Posiłek w brzuchach, dudson idzie tam gdzie nawet król chodzi bez
ochrony :) a ja zostaję na naszej ławeczce, mapy i ostatnia tabliczka leżą
sobie na stole. Południowe słońce daje o sobie znać, jestem wyluzowany i w
jednej sekundzie przychodzi podmuch który zwiewa wszystko ze stolika, taki
podmuch że w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Nic go nie zapowiadało, nie
było tam cienia wiatru, to stało się nagle i nasza Barcelona odleciała gdzieś
daleko bez szans na odnalezienie.

Znalazła się tylko mapa. Kurde! Trudno
piszemy po mapie, musimy już ruszać, eeeeeeej przecież zostawiliśmy tabliczkę
Pepinią w koszu :) jest mamy karton, ostatni karton. Piszemy tam co trzeba i
ruszamy na ostatni wylot ze stacji…ostatnia stacja, ostatnia tabliczka ostatni
przystanek przed osiągnięciem celu. Bzzzzt. Czekamy, łapiemy pierwszą czerwoną
opaleniznę, przenosimy się pod drzewko, które użycza nam swojego cienia,
dziękujemy. W oddali widać wybrzeże i morze śródziemne. Nie spieszy nam się,
cel tuż tuż, nikt się nie zatrzymuje, wymyślamy sobie grę ale nie będę
tłumaczył zasad. Mógłbym napisać, że po prostu rzucamy sobie kamykami do
znaków, kto trafi ten jedzie dalej. Rozmawiamy o tym jak musiało być tutaj w
latach 50tych gdy ludzie podróżowali stopem. Czekamy. I….I…i…iiiiiii co?
Zatrzymuje się starszy gość, Espaniol, zabierze nas do BARCELONYYYYYYYYYY
JEEESSTTT!!!!! Jedziemy!



Podróż mija na rozmowie, między
innymi porusza nasz kierowca temat lat 50tych i podróży w tamtym czasie :)
Podobno jeżeli pracowało się 100
km od miejsca zamieszkania wystarczyło 10 minut by
złapać stopa i jechać do pracy. Nasz angielski został napięty do
nieskończoności w rozmowach o katastrofie smoleńskiej i wogule o życiu. Czy
wiecie że



Andorra jest w europie? To jest
malutkie państewko, podobno wjeżdża się do niego jak do jednego wielkiego
supermarketu, ponieważ nie posiadają naturalnych surowców  i życją z handlu zagranicznego. Mijamy
Pireneje, 200 km
pozytywnej podróży i co ciekawe pierwszy raz z Hiszpanem. Człowiek opowiada nam
o tym że miasto jest bardzo zakorkowane i że wyprowadził się na wieś, gdzie ma
blisko do pracy a pracuje w fabryce. Dowiadujemy się dlaczego na południu mają
sjestę. Ponieważ jest tak ciepło, że można umrzeć jeśli przebywa się zbyt długo
na słońcu w ciągu dnia, dlatego ludzie chowają się przed słońcem i odpoczywają.
A my myślimy że są leniwi. No chyba że to było tylko takie wytłumaczenie ale
kto to wie.



Dojechaliśmy na przedmieścia,
ruch uliczny wzrasta, zadziwia nas mnogość ulic, zjazdów, wjazdów, przejazdów,
tuneli, murów, bloków, domów, budowli i wiaduktów. Hiszpan oświadcza nam, że
jest miał być w domu o szóstej a jest czwarta po południu i ma czas żeby
odwieźć nas do centrum. Pomaga nam odnaleźć się na mapie, uściskiem dłoni żegna
nas ostatni pomocnik w podróży, jeden z wielu którzy pomogli nam w osiągnięciu
tego co Kuba zaplanował, a ja dostałem w prezencie. Przed nami wielkie miasto,
nie wiemy co nas spotka, a co nas spotkało tam na miejscu opowiem następnym
razem i będzie to ostatnia część misji, potem pisarz udaje się na odpoczynek tylko
pozostaje pytanie gdzie? Ja już wiem, ale to pozostanie tajemnicą do drugiej
połowy wakacji. Adios amigos



Komentuj (0) 12.06.2011 Barcelona cz.3 najdłuższa...

Barcelona cz. 3.





 …las. Nie miałem pojęcia, że podróżowanie autostopem
wyglądać może w ten sposób, w naszym przypadku trasa wiodła nas przez
dom-rondo-stacja-stacja-stacja-stacja-stacja-stacja-las-wioska-stacja-las-las-las-las-stacja_stacja_stacja-….itd.
Mijaliśmy po drodze setki drzew, kilometry autostrad, dziesiątki stacji
benzynowych i to wszystko dzięki 15 kierowcom, których łączyło to, że jechali
przed siebie i wieźli właśnie Nas do celu. Mr. Seed bo tak go sobie nazwałem tu
i teraz, przez blisko 3 godziny podróży pożywiał się słonecznikiem - brał
nasionko, rozłupywał w zębach i wyrzucał łupinę przez szybę i tak na okrągło przez
około 300 km.
Gdybyście na trasie Wrocław-Gera spotkali słoneczniki rosnące przy autostradzie
możecie być pewnie, że właśnie za jego sprawą wyrosły. Słonecznik miał być
sposobem na rzucenie palenia. To jeszcze nic, Mr. Sid zjeździł już całą Europę
więc wszystkie słoneczniki rosnące przy drogach mogą być jego sprawką. W każdym
razie lepsze to niż kiepy, które pewnie rozsiewał wcześniej.



Podróż mija na pogawędkach o życiu i nie tylko :) w
międzyczasie odzywa się klnący gps, który przestrzega przez zjechaniem z drogi,
zjechaliśmy ponieważ, kierowca musiał 
iść do sklepu po żubry J Naszym tymczasowym miejscem docelowym jest Chemnitz,
tymczasem Mr. Sid przekonuje nas abyśmy jechali z nim kawałek dalej do Gery,
ponieważ mu się nudzi gdy jedzie sam i dobrze mu się z nami rozmawia, aha i
przecież słonecznik się skończył więc nie ma co robić. Ulegamy namowie i tym
samym okazało się, ale to kilka dni później, że zbaczamy z głównego szlaku
podróżnego polskich kierowców, dodam tylko, że niemcy, a przynajmniej te dziesiątki
aut, które nas mijały nie mają potrzeby podwiezienia kogoś i tego nie robią.
Tylko nieliczni się decydują. Lecim dalej! :) Wysiadka i pożegnanie z naszym
panem słonecznikiem uciekły gdzieś z mojej pamięci. Słońce chyliło się ku
zachodowi, pierwszy dzień naszej podróży dobiegał końca, byliśmy 650 kilometrów od
domu, wtedy tego nie wiedziałem, nie myślałem już o domu, miałem w głowie tylko
słoneczne południe.



Zaczęło robić się ciemno, znalazłem chwilę na uzupełnienie
zapisków.



Ciężko było wtedy na tej akurat stacji, pytani o
podwiezienie ludzie nie zgadzali się, nikt nie zwracał uwagi na tabliczkę,
wręcz przeciwnie ludzie patrzyli na nas jak na biedaków, których należy omijać,
a my czuliśmy się jak odkrywcy, przynajmniej ja bo dudi miał swoje zdanie,
które ciągle gdzieś mamrotał sobie pod nosem. Po zmroku udaje nam się przekonać
tankującego na stacji młodego człowieka o podwiezienie, jesteśmy zadowoleni,
jedziemy z nim 40 km
- kolejny krok w naszą stronę. Dojeżdżamy na stację i już wiemy, że z dziury
dostaliśmy się w jeszcze większą dziurę. Na stacji jest zimno i nieprzyjemnie
pachnie, widocznie gdzieś w okolicy konie albo krowy zrobiły sobie toaletę :D
Cytat z zeszytu: „dudson nie poruszony zapachem konsumuje suszone morele i
narzeka, że jest źle i że mogło być lepiej…poszedł gdzieś, pewnie wróci
narzekać”



Nikogo nie widać w zasięgu wzroku, pojedyncze pojazdy
wjeżdżają i zatrzymują się na parkingu na nocleg. Obok nas wyrasta znikąd
ziomeczek w naszym wieku i dopala fajka. Mamy szczęście i po kilku chwilach
pomykamy biemdabliu (bmw). 



Docieramy przed Nurnberg, jest późna noc, nie spaliśmy od
samiuśkiego rana, kupujemy kawę po uwaga 3.90 euro, mniammmm… .



Nie udaje nam się nic już zdziałać, proponuję iść do knajpki
i przeczekać najzimniejszy okres aż do rana. Dudi zasypia na fotelu w
restauracji, a ja staram się nie usnąć, powieki nie chcą słuchać, jakoś
wytrzymuję.



 



Przed świtem, gdy jeszcze było ciemno obudziłem Kubę i
powlekliśmy się na stację gdzie po pewnym czasie nasza tabliczka przyciągna
wzrok młodego Niemca. Dogadujemy się i po chwili ruszamy w drogę. Pyta po
anielsku: „Where are you from?”, odpowiadam i z uśmiechem otrzymuję odpowiedź
„O Polacy! Nie będziemy kur…tentego po angielsku rozmawiać!” Kierowca okazał
się ślązakiem, którego rodzice wyemigrowali gdy miał kilka lat. Mówił językiem
polsko-śląsko-niemieckim ale rozumiałem go doskonale, Kuba kimnął na tylnej
kanapie, a ja ucieszony rodowitym głosem ciągnąłem rozmowę o tym i siamtym pam
pa pa ram pam. Wraz ze świtem docieramy na kolejną tankstelle.

 

Ruszamy do boju,
pytamy zaczepiamy ludzi, w końcu nasz 'brat szefuńcio' z polski dostawczym
busikiem zabiera nas i wyrzuca 60
km dalej. Gada cały czas tak, że usta w ogule mu się nie
zamykają. Śniadanie złożone z ciastek i kontroli (kieszeni i dokumentów)
niemieckich tajniaków mija nam na kręceniu petów i myśleniu co przyniesie nam
nowy dzień, drugi dzień naszej podróży.



 



Na stacji spędzamy kilka godzin, o kilka za dużo, nie udaje
nam się ruszyć, godziny pytania o możliwość podróży, pytamy polaków, hiszpanów,
rumunów, francuzów, niemców bezskutecznie. Z mapy wynikało że mamy 20 kilometrów do
następnej stacji, która jest usytuowana przy innej autostradzie jadącej w
naszym kierunku. Niestety to „wynikało z mapy” było grubo zaniżone bo okazało
się, że w rzeczywistości jest to około 40 km.




Ale o tym dowiedzieliśmy się kilka kilometrów dalej,
ponieważ zdecydowaliśmy kontynuować naszą podróż pieszo przez las ‘na ukos’ i
dojść do stacji. Na początku podróży zmieniliśmy w szczerym polu ciuchy na
bardziej letnie bo słońce nie dawało nam żyć. Gdy już wiedzieliśmy, że nie
wiemy gdzie jesteśmy, dowiedzieliśmy się, że trzeba zapytać o drogę miejscową
babeczkę spacerującą ze swoim bulgokiem. Miła pani została naszą przewodniczką
na najbliższe kilkanaście minut i chociaż prawie nie mówiła po angielsku
wspólnymi siłami dotarliśmy do rozwidlenia dróg w lesie. Przewodniczka
wytłumaczyła nam jak iść a jak usłyszała gdzie chcemy dotrzeć złapała się za
głowę, nie zrozumieliśmy o co jej chodzi.

Przystanek owocny w skręty był na ogromnym drzewie.

Wytłumaczyła nam, a my i tak
poszliśmy złą drogą i praktycznie wróciliśmy do punktu wyjścia tylko, że od
innej strony i tak pierwszy raz zgubiliśmy się, sza szczęście przy drodze więc
po obiedzie z chleba i kabanosów zaczęliśmy bezskutecznie łapać stopy, nawet
gościu z traktora się z nas śmiał.



Przekonałem dudiego żebyśmy ruszyli pieszo do najbliższej
wioski i pomimo bólu kolan i ogólnego niezadowolenia. Dotarliśmy na skrzyżowanie
gdzie czekanie na naszego wybawcę zajęło nam mniej niż 10 minut. Starszy pan w
bardzo czystym samochodzie uratował nas przed deszczem. Ustaliliśmy gdzie
chcemy jechać i ruszyliśmy w drogę. Zostaliśmy podwiezieni pod wjazd na
autostradę jak nam się wtedy wydawało  - blisko
stacji. Pan coś nam tłumaczył ale nie zrozumiałem nic a nic. Wydawało nam się,
że przygoda z lasami już się skończyła, przestało padać, zjedliśmy nasze
wspaniałe orzeszki z morelami i ruszyliśmy w drogę. Plan był taki: przechodzimy
wiaduktem na drugą stronę autostrady, wchodzimy w pierwszą lepszą drogę w prawo
i potem znów w prawo i wychodzimy na stacji przy autostradzie. Niestety z
wiaduktu żadnej stacji nie było widać ale nam to nie przeszkadzało, pierwsza
droga w prawo wiodła w las. Droga tak prosta, jakich mało. I tak szliśmy w
prawo potem w lewo, znów w prawo aż wyszliśmy na asfaltową drogę…w lesie.
Napotkany dziadzio na rowerze wytłumaczył nam, że idziemy w złym kierunku i
powinniśmy zawrócić, a szliśmy już  około
pół godziny. Obrót na pięcie i idziemy przed siebie drogą asfaltową w lesie
jakich mało, widać było tylko mały jasny punkcik z przodu, jednym słowem droga
bez końca. Skończyła nam się woda. Po kolejnym półgodzinnym spacerze przecięliśmy
jakąś drogę po której śmigusiały samochody i nawet jeden młodzian się zatrzymał
ale nie jechał w naszym kierunku. A auto miał fajne J No nic, pora na nas,
palimy peta i idziemy dalej w przód, drogą bez końca i bez zakrętów,
poprzecinana w poprzek również drogami bez końca i bez zakrętów i tak w kółko. I
tak 2-3 godziny aż zaczęło się ściemniać, a wody dalej nie mamy. A było tak:
nas dwóch, wielki ogromny nieznany las, niewiadomo jak wielkie dziki gdzieś tam
w krzakach, ciężkie bagaże, mapa na której nie było naszej aktualnej drogi, latarka
w ręce, aha i dodam jeszcze, że po pewnym czasie stanęliśmy i cooooooo? Cisza,
nie było słychać autostrady a przecież droga miała iść wzdłuż niej. Taka cisza
że chciałem już usłyszeć tiry, silniki i drogę, cisza taka że nikt nie chce
takiej ciszy słyszeć jak się zgubi. Odpow..zynek, brak wody i marsz z
plecakami, które robiły się coraz cięższe. Zapanował półmrok, przed nami droga
bez końca, gdzieś tam przed nami widać światełko, jak światełko w bardzo bardzo
długim prostym tunelu, idąc w stronę tego światełka ono ciągle przesuwało się i
tak my je goniliśmy ono nam uciekało. Najcięższe nasze plecaki zrobiły się gdy
w końcu udało nam się wyjść z lasu, wyszliśmy z lasu w jakieś pole gdzie nie
było naszej autostrady tylko jakaś krajówka kilka kilometrów dalej i nie z tej
strony z której spodziewaliśmy się cywilizacji. Szybka decyzja, zawracamy do
lasu, około 20 minut marszu i skręcamy w wybrany przez nas zakręt w prawo czyli
teoretycznie w kierunku autobana. Dalej cisza, robi się ciemno, w końcu
jesssssssssssssst!!!! Słychać szept kół toczących się po asfalcie, ledwo
słyszalny, nie zdajecie sobie sprawy jaką ulgę wtedy poczułem, zacząłem iść a
dudi musiał mnie upominać żebym zwolnił, coś pchało mnie do przodu żeby jak
najszybciej wyjść z tego lasu. Noi doszliśmy – do wiaduktu nad autostradą. Ok,
tylko, że tutaj nie ma żadnej stacji, tylko ogrodzona sześcio albo
ośmiopasmówka i pędzące po niej dziesiątki samochodów. Pięknie, na pewno nie
wracam przez ten las. Zdecydowałem, że śpię na środku wiaduktu w namiocie i nie
ruszam się do rana, jeszcze jedno spojrzenie w stronę autostrady i zaraz zaraz,
coś tam jest, jakby przerwa w ciągłej lini na poboczu czyli jest wyjazd na
autostradę. Nie wiemy skąd ale warto się dowiedzieć. Widzieliście kiedyś
nieskoszone pobocze przy autostradach? Tak tak, między siatką oddzielającą od
lasu a asfaltem zawsze jest skoszona trawa, a tutaj akurat skoszona nie była,
idziemy około 200m mokrym trawskiem do pasa aż w końcu przemakają mi buty i
dochodzimy do sta……nie, to nie stacja to parking dla tirów. Szukamy transportu
by jeszcze dziś ruszyć w drogę by nie tracić czasu, zmęczeni, spragnieni, od
kilku godzin bez wody, a przecież przeszliśmy kilka może kilkanaście kilometrów
obciążeni plecakami. Nikt już nie wyjeżdża z parkingu, wszyscy zajeżdżają na
nocleg, znajdujemy polskiego kierowcę tira, pytamy o stację i jak się okazuje
stacja jest około 5 km
do przodu więc na naszej łące na końcu drogi bez końca, tam gdzie las się
skończył mieliśmy stację gdzieś pod nosem. Ehhh, Dziękujemy za informacje,
tłumaczę co nas spotkało i proszę o coś do picia, dostajemy butelkę wody
mineralnej która ratuje nam życie J



 



Decydujemy rozbić obóz obok parkingu i tak nasz pierwszy
nocleg w zacnym namiocie „Bolek i lolek” o bardzo wdzięcznej kolorystyce
czerwono-niebieskiej, który niestety pozbawiony został warstwy
przeciwdeszczowej ale nic to w końcu nie padało. Posiłek i woda to ostatnie co
nam zostało, zrobiło się kompletnie ciemno, mieliśmy jeszcze zapalić ale
odrzuciłem ten pomysł gdy usłyszałem chrapanie dudlona. Pora spać, jutro czeka
nas kolejny dzień, kolejne przygody i to co nas najbardziej ciągło do przodu,
czyli możliwość wjechania do Francji, kraju w którym ani ja ani dudson nie
byliśmy, a to co nas tam spotkało, ta ‘uprzejmość’ ze strony niektórych ludzi
nas zaskoczyła.



 



Z obliczeń gogle earth wynika że nasz spacer po nieskończonym
lesie miał długosć około 11,5
km a czas jego określam na około 2-3 godziny chociaż
możliwe było zagubienie się w czasoprzestrzeni. Ponadto okazało się że las
wcale nie jest nieskończony, zobaczcie sami. Trochę inaczej to wyglądało będąc
tam, bez szczegółowej mapy ale daliśmy radę, jak harcerze albo rangersi. Yo!



Komentuj (0) 29.05.2011 Barcelona cz. 2 - przygotowania i pierwszy dzień misji Dzień przed wyjazdem robimy spotkanie na szczycie a właściwie na kopcu, z dala od "wścibskich oczu i podsłuchów" a to dlatego że nasza misja jest po części 'tajna' i parę osób nie może się o niej dowiedzieć. Obgadujemy szczegóły i jesteśmy prawie gotowi, prawie bo nie wiadomo o czym mogliśmy zapomnieć...w końcu to nasza pierwsza misja stopem.



Dzień przed wyjazdem: Ze względu na to, że w drogę powrotną wybieramy się samolotem i mamy wykupiony tylko bagaż podręczny przepakowujemy nasze plecaki bo kolega Dudi ma lekki przypał w bagażach :) Noc przed wyjazdem spędzamy u Izki (dziękujemy za tabliczki;) Po drodze kupujemy pelerynki, które na nic nam się nie przydały bo pogoda była po naszej stronie.

Pora na ostatni sen pod dachem a potem zobaczymy co się będzie działo.

 
Pobudka przed 5 rano, chyba piliśmy jakąś harbatę bezprądową zresztą nie pamiętam bo dawno nie byłem tak zaspany. Pierwszego stopa złapaliśmy gładko bo już u Izki w domu, Andrzej użyczył nam swojej fury i podwiózł na rondo ofiar katynia (nie tych ofiar sprzed roku).
Lekka mrzawka i wiatr budzą nas szybko, na drodze jest bardzo mało samochodów, nie spodziewaliśmy się że będziemy tam stali 5 godzin aż do 10 rano.

Mijają nas różni ludzie w różnych samochodach, gestykulują, pokazują, że jadą w innym kierunku, uśmiechają się lub są obojętni, niektórzy nawet pokazują środkowy palec, a inni zatrzymują się i twierdzą, że się nie zmieścimy.
W międzyczasie zatrzymuje się chyba jakieś volvo i wysiada z niego mój kuzyn, który chce nas zawieść do barcelony ale chyba nie zdaje sobie sprawy z tego jaka to jest odległość. % sprawia że najwyraźniej mu to nie przeszkadza, jak się później okazało dzięki niemu powstał przeciek i nasza misja została odkryta, ale stało się to 3 dni później, gdy my leżeliśmy sobie na słonecznej plaży :) W tym momencie nie pamiętam tego ale wtedy nie dawaliśmy już rady, staliśmy w miejscu 5 godzin obciążeni plecakami bo było mokro i nie mieliśmy gdzie ich położyć, bolały nas kolana, plecy.
 Jak to w życiu - początki są najtrudniejsze.

Posłuchajcie.......
Około 10 mówię do dudsona, który dawno już wystawił tabliczkę 'dresden' żebyśmy złapali cokolwiek i dojechali tylko za bramki na autostradzie, a później już pójdzie z górki, niedługo potem podwozi nas dokładnie tam chłopak w naszym wieku, nie pamiętam jego imienia, zapamiętałem tylko że też jechał stopem do barcy i że wspinał się tam oraz że miał fiata punto :)
Na stacji za bramkami pijemy kawę, załatwiamy co trzeba i stajemy na wyjeździe, szukamy po tablicach rejestracyjnych ludzi z wrocławia, których tu nie brakuje, mamy ograniczone pole działania ze względu na to, że wiele osób wraca ze świąt, jadą całymi rodzinami, auta są zapakowane i nie mamy szans z nimi się zabrać.

Wypatruję człowieka samotnie poruszającego się po stacji i po sekundzie zastanowienia podchodzę pytając go o podwiezienie do wrocławia, chwila jego zawahania i już parę minut później ruszamy w drogę. Prosta sprawa, kto pyta nie błądzi, kto ma odwagę idzie na przód. Podróż mija nam na pogawędce, pan około sześćdziesiątki bierze udział w maratonach na 40 kilometrów, myślę sobie ja taki młody, a kilometra nie przebiegnę, a tu gość mi pokazuje, że można dać radę jak się tylko bardzo chce. Pouczające to myślenie i podróżowanie, w końcu zbiera mi się na drzemkę, auto przyjemnie gubi kilometry, usypia mnie dźwięk silnika i myśl, że jesteśmy coraz dalej od domu i coraz bliżej celu.

Po pewnym czasie budzę się, dudson dalej prowadzi rozmowę o tym i o siamtym, w końcu przychodzi pora rozstania, dzięęęękujemy (pierwszy dłuższy stop uwalnia nas od złych myśli, chłonę słoneczne chwile z entuzjazmem myśląc co będzie dalej). Wysiadamy w jakiejś czarnej dziurze i musimy przechodzić przez ekspresówkę, a potem pod wiaduktem w zaśmieconych krzakach by po kilku minutach dotrzeć na kolejną stację. 

Świeże popołudniowe słońce opiera się o każdy zakątek otaczającego nas świata, rozkładamy 'obóz' na kwitnącej trawce obok stacji i robimy sobie piknik czyli kanapki i woda z górskich źródeł w plastikowej butelce :D Ruch uliczny ożył jak na zawołanie, mamy szanse na 'wydostanie' się z kraju.

Na stacji stoi młody chłopak z niechlujnie podpisaną tabliczką 'berlin' i przez około 15 minut rozmawia przez telefon łapiąc samochody, nie dziwię się, że nic nie może złapać. Oferuję mu zrobienie 'profesjonalnej' tabliczki naszym pisakiem i po chwili rozmowy dowiaduję się, że zna moją koleżankę (pozdrowienia Asia :)) Wkrótce pojawia się jeszcze jedna stopowiczka i teraz łapiemy w 3 'ekipy'.

Jakimś przypadkiem para młodych ludzi kilka minut wstecz zdecydowała się zatankować właśnie na tej stacji gaz do swojego oldschoolowego busika. Niestety na tej stacji nie ma gazu więc przejeżdżają powoli dalej i zatrzymują się obok dwóch chłopaków, jeden macha na samochody jakby chciał im pokazać kierunek jazdy, a drugi siedzi na plecaku i dopala tytoń skręcony w bibułce. Sami pytają czy ich podrzucić, a oni z bananem na twarzy pakują się na tylną kanapę. Jedziemy z kundelkiem, który kładzie nam głowę na kolana i daje się głaskać. Byśmy mogli podróżować z nimi z busika musiał zostać wyjęty rower, którym poźniej zostaliśmy przyblokowani. Nie rozmawiamy zbyt wiele, busik w nieco hipisowskim stylu, z lodówką, składanymi łóżkami i kolorowymi flagami buddy rozwieszonymi na sznurku w oknie buczy przyjemnie wioząc nas około 80km w stronę celu. Polka i Czech podwożą nas na kolejny przystanek w naszej drodze czyli stację, które to będą ciągle nam towarzyszyć przez pozostałe 3 dni.


Wysiadamy przy wjeździe na stację, przechodzimy na wyjazd z niej żeby było łatwiej łapać kolejne auta, nie mija minuta od opuszczenia busika i zatrzymuje się polski 'driver' dostawczym busikiem i z uśmiechem zabiera nas dalej, a gdzie było to dalej? Gdzieś tam daleko za granicą polsko-niemiecką, gdzie wiele się zmienia po jej przecięciu. Wkraczasz w pozornie jakby lepszy, bogatszy świat, lecz kulturalnie czułem się jakbym znalazł się w świecie gdzie ludzie ubożsi są o dobrą wolę i chęć pomocy.

Od tej pory nasza dobra fala się kończy i zaczyna się etap poszukiwań i chęci 'wydostania' się z kolejnych postojów w tym pięknym i obcym kraju. W tym czasie pogoda ducha mnie nie opuszczała i wierzyłem, że krok po kroku zbliżamy się do naszej barcelony. Do jej wąskich uliczek, do portu i parku gdzie papugi gonią się między ogromnymi palmami i piaszczystej plaży pełnej surferów.
Zobaczyłem je 3 dni później, a przemyślenia z tego pierwszego etapu podróży zostawiam sobie na pamiątkę.


Gdy jesteś w podróży, dajesz się pchać losowi na przód, zasada 'mówisz i masz' sprawdza się częściej niż ma się  nadzieję, dobrzy ludzie pomagają tobie i cel podróży wcale nie jest tak odległy jakby to wynikało z mapy.
Wystarczy chcieć by ruszyć w drogę, przeszkody widać tylko siedząc w domu i myśląc 'jak to będzie?'. Gdy już jesteś tam, na początku drogi, świat stoi przed tobą, zostawiasz swoje problemy w swoim mieście, one nie przychodzą do ciebie podczas podróży, one żyją własnym życiem w miejscu w którym żyjesz. W drodze cieszysz się z każdego uśmiechu 'losu', cieszysz się z kolejnej kanapki podczas, gdy pakując ją w domu zastanawiałeś się po co ci tak dużo jedzienia. Cieszy cię ładna pogoda i lekki wiatr i to, że idziesz do przodu. Najlepsze w tym wszystkim jest poczucie wolności, czujesz, że ty decydujesz o swoim położeniu i choć nie masz na wszystko wpływu to wiesz, że samodzielnie dokonałeś złego lub dobrego wyboru, a nauka nie idzie w las <tzn. nas tam właśnie zaprowadziła ale o tym następnym razem>

peace



Komentuj (0) 09.05.2011 Barcelona cz.1 PPPSSS aha żebyście nie myśleli że to już był wstęp albo coś w tym stylu to napiszę jeszcze, że ja po tym co się wydarzyło wpis niżej musiałem ochłonąć 12 godzin, pytacie dlaczego? dlatego, że bilet z  barcelony dotyczył lotu 1 maja a w chwili otrzymania biletu mieliśmy o ile dobrze pamiętam 19 kwiecień. Pytanie co w tym trudnego? przecież to jest prawie dwa tygodnie. :) trudność polegała na tym że trzeba wziąść wolne z pracy a praca została zaplanowana skrupulatnie na ten nadchodzący tydzień, noi kupić 'parę' potrzebnych rzeczy z myślą że mam czas tylko do piątku ponieważ w sobotę zaczynały się święta i wszystkie sklepy były zamknięte. Powiem wam coś jeszcze...moja mama dowiedziała się, że pojechałem stopem zupełnym przypadkiem i to długo po moim wyjeździe :)))
Komentuj (1) 09.05.2011 Barcelona cz.1 czyli jak to się zaczęło. SIEMANO! A zaczęło się to tak... brzmi ciekawie? dobra to już koniec hihi. żart.  Zaczęło się to tak, że tydzień po moich urodzinach Andrzej oznajmił mi smsem, że: "nie idź spać bo musimy pogadać..." pomyślałem, uuuuuu poważna sprawa :) Oczywiście jak to Andrew.............:::::::::========:::::::::::........ przeciągnęło się to 'nie idź spać' w nieskończoność i w końcu poszedłem spać. po czym budzi mnie telefon i słyszę 'wyjdź przed dom', ok wychodzę, a tam proszę proszę wysiada Andrzej i Dudson z bryki i coś tam mruczą pod nosem "sto lat" itd itp i dają mi kartonowe pudełko do rąk wraz z opisaną na nim instrukcją obsługi (open here, aha noi najważniejsze że było też przetłumaczone na polski więc nie miałem problemów z otwarciem :), otwieram i wyciągam kartonowe tabliczki z napisami - wrocław, dresden, nurnberg, karlsruhe, strasbourg, lyon, montpellier, BARCELONA, nie wiem czy śpie dalej czy to jakieś jaja są, po czym dostaje drugą część prezentu opisaną oczywiście pięknie, tym razem jest to koperta a w kopercie jakiś coś, czytam czytam, a tu proszę bilet lotniczy z barcelony do rzeszowa na moje nawzisko, spoko tylko po co mi to jak ja jestem w krakowie //////// Dudson nieśmiało :P mówi: jedziemy stopem do barcelony, a ja na to AHA. to ja idę spać i jutro pogadamy :) Komentuj (0) 21.04.2011 DOBRE HAHA
Komentuj (0) 21.04.2011 AMBONA KOSTRZE
Komentuj (0) 21.04.2011 JEDYNE W SWOIM RODZAJU SPAGHETTI JAK I ŁYŻKA
Komentuj (0) 14.04.2011 BOWL Komentuj (0) 03.04.2011 WIADUKT Komentuj (0) 03.04.2011 BOMBING HAHA Komentuj (0) 03.04.2011 WUUUUUUUUU DE TEEEEEEEEEE Komentuj (0) 03.04.2011 WOJCIECH CEJROWSKI I AFRYKAŃSKIE ZWYCZAJE

Archiwum

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień

YOUTH
WDT
StraightKrukt
SkateNews





starsze posty